Styl odżywiania

Co jeść skoro wszystko zatrute? Młodość się pyta … :)

z pola 5

               Heyka Kochani. Dziś w odpowiedzi na komentarz dotknę ciekawej sprawy. Jedna z Was zapytała mnie jak radzę sobie z tą świadomością, że rośliny, które mamy w ofercie do kupienia też są podtrute i słabej jakości. Jem same rośliny, ale przecież wiadomo, że za sprawą stosowanej do upraw chemii i te nas trują. Koleżanka pyta jaki mam do tego stosunek  i czy uważam, że lepiej zjeść byle roślinę niż jej nie jeść wcale gdy nie ma pod ręką „bio”.

              Kochani, musimy jeść. To jasne. A nasze wybory odzwierciedlają się tak na naszej fizjonomii jak i w naszym zdrowiu. Co do tego już chyba nikt nie ma wątpliwości. Nie ma cudów. Zjadasz dużo rafinowanych cukrów, oczyszczonych zbóż, smażonego, olejów roślinnych, chemii zamkniętej w foliowych woreczkach, butelkach i słoiczkach, pod skórą prędzej czy później zbierze się tłusta galaretowata tkanka, opona na brzuchu, celulit na udach. Jeśli 80% Twojej diety to produkty podgrzewane, odzwierzęce, zakwaszające i rafinowane… masz jak w banku, że obok marnowanego zdrowia, w Twoim kierunku, maszerować będzie starość i osłabienie. Nie ma więc innego wyjścia, trzeba odwrócić przynajmniej proporcje. 80% żywego roślinnego i 20% odzwierzęcego czy przerabianego termicznie. Ja jestem bliska weganizmowi, ale nie będę was tu teraz do tego nakłaniać, bo nie o to chodzi. Chodzi o zrozumienie, że są pokarmy sprzyjające naszemu życiu w zdrowiu i witalności i są pokarmy odbierające nam to życie i nasze cenne życiowe energie.z pola 4

              Największe stężenia składników odżywczych, które potrzebujemy dla prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu znajdziecie w świeżych roślinach. Rośliny nawet posiekane są dalej pokarmem żywym. Oddają nam swą życiową energię w środku nas, po połknięciu. Zetnij sałatę, poczekaj aż podwiędnie i włóż ją znów do wody. Podniesie się, bo żyje. Poderżnij krowie gardło i daj jej jeść. Taki teoretyczny eksperyment drastyczny. Pokazuje co jest pokarmem żywym, a co nim nie jest. Pokarmy żywe oddają Ci energię, pokarmy martwe – zabierają. Nie dość, że rośliny są żywe, to naładowane są składnikami odżywczymi w takich ilościach, że jedząc ich różnorodność zapewniamy sobie wszystkiego czego nam trzeba. Alkalizują. Odzwierzęce – zakwaszają.

Ale……hmmmm, te pestycydy, te trucizny z oprysków, te nawozy sztuczne… To GMO! Jak dać sobie z tym radę i nie zwariować?

              Niestety prawda jest taka, że dla kasy rolnicy i wielkie koncerny rolne, tworzą coś co wygląda na jedzenie. A jest jedynie marna podróbą tego co rośnie w ziemi naturalnie, pielęgnowane sercem. Dajemy się łudzić wyglądem produktów rolnych roślinnych, nie zastanawiając się w ogóle nad tym co to tak na prawdę jest. Moi drodzy, warzywa i owoce w sklepach, marketach i nawet na bazarach, te piękne, bez robali, to bomba zegarowa. Często hodowane są na czymś typu wata czy siatka, a słońca i ziemi nigdy nie widziało. To sztuczny wytwór. To co uprawiane na polach jest dodatkowo tak niemiłosiernie pryskane, że zjadając to później, nie można się łudzić, że nie ma na nas wpływu. Pomyślcie tylko przez chwilę: czy jeśli pestycyd, czyli trucizna na robaka, zabija robaka, to nie zabija nas??? Przecież robak, tak jak i my zbudowany jest tak samo jak my, ze struktur białkowych. Robak umiera szybko bo dawka na niego zrzucona jest gigantyczna a my??? A my zjadamy te mikrodaweczki codziennie, przez całe życie, powoli, sumiennie i z zadowoleniem w dodatku. To nie jest tak, że jak nas nie zabija w ciągu 48 godzin, to nie zabija wcale. Wręcz przeciwnie. Zabija, tylko powoli. 35 lat i zaczynamy się sypać… statystycznie…bo ja nie :)

Więc co robie ja? Jak żyję, co wybieram do jedzenia:

                Przede wszystkim uprawiam na balkonie to co dam radę: sałatę, pietruszkę, zioła, pomidorki. Tej wiosny idzie trochę kiepsko, bo zimno i pomidory na razie słabo… . Poza tym z moją mama i teściową uprawiamy pozostałe ciekawostki: szczypior, sałatę, jarmuż, rzodkiewkę, kalarepę, marchewkę i całą resztę którą się da. Ogórki, pomidory, cukinię, groszek, fasolę i owoce. Całe te nasze uprawy są wolne od jakiejkolwiek chemii. Wbrew temu przekonaniu jakie ogólnie panuje o szkodnikach, nie mamy jakoś z nimi problemu.

              Zbieramy już pierwsze zbiory i zauważyłam na nich kilka ślimaczków, robaczków, jaj mszyc czy innych stworzeń. Nie dają rady zjadać tego w takim tempie, że dla nas by nie wystarczyło. Nie ma żadnych strat. Z resztą, niech tam sobie ślimak podje też trochę. Jest ślimak, to znaczy nie ma chemii.

              Tu przyznaję rację tym, którzy mówią, że uprawa to dużo pracy, czas, trzeba mieć kawałek ziemi, a w blokowisku ni ma jak… Tak, prawda. Jestem szczęściarą, ale i tak nie uważam, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Dla chcącego trudnym nie będzie zorganizowanie sobie kawałka ziemi i zamiast siedzieć przed telewizorem po pracy, pogrzebać w grządkach. Bardzo relaksujące. Na wolnym powietrzu…

z pola 2

               Okej, nie zawsze jest wiosna. Jest zima, zimno i nic nie rośnie. W takich okresach zjadam dużo rzeczy ze sklepów oczywiście. I wtedy są priorytety: najpierw oczywiście żywność ekologiczna. Rozejrzyjcie się po okolicy, na pewno znajdziecie miejsca gdzie taką oferują. Ponieważ jest ona oczywiście droższa kupuję to co koniecznie musi być ekologiczne, żeby było bezpieczne. Dopiero potem rozglądam się za nieekologicznymi, ale tylko takimi, które można nieekologiczne jeść, bo albo się ich nie pryska z racji ich naturalnych odporności, albo nie wchłaniają oprysków do wnętrza. Takimi na przykład są banany. Ewentualna chemia zostaje na skórce. Gruba jest więc wiele nie przepuści. W zimie jem właśnie baaaardzo dużo bananów. Są kaloryczne i bardzo odżywcze więc z 15 dziennie to średnia.

              W książce „Leczenie dobrą dietą” Katarzyna Lewko wypisała produkty, które możemy jeść nawet gdy nie są „eko” oraz te, które muszą być „eko” bezwzględnie. Tym się kieruję w sklepach. Wypiszę tu dla Was poniżej, bo oczywiście nie wszyscy tą książkę posiadają :)

Kupować tylko „eko”:

jarmuż, papryka, jabłko, brzoskwinia, szpinak, kapusta włoska, nektarynka, winogrona, jagoda amerykańska, sałata, seler, truskawka.

 

I nie musi być „eko”:

grzyby, melon, cebula, ananas, kiwi, zielony groszek słodki, grapefruit, awokado, szparagi, kapusta, arbuz, mango, bataty, bakłażan. 

z pola 1

Całą resztę kupujemy, ale staramy się znaleźć zaufane źródło, lub też przed zjedzeniem myjemy w podwójnej kąpieli.

 

Na czym polega taka kąpiel:

Pierwsze pięć minut moczymy produkty w misce z wodą i octem. Nie zastanawiam się zbytnio nad proporcjami. Na miskę wody 3 litrową wlewam około 100 ml octu spirytusowego. 

Następnie wodę z octem wylewamy, a produkty rolne przepłukujemy pod wodą bieżącą. 

Kolejna kąpiel to moczenie naszych produktów w wodzie z sodą oczyszczoną. Również pięć minut. Wodę następnie wylewamy i ponownie płuczemy pod wodą bieżącą. 

Woda kwaśna unieszkodliwia żyjątka, pasożyty  i ich jaja, a soda oczyszczona neutralizuje wszelkie chemiczne dodatki, poprzyklejane do powierzchni jedzenia. Tak powinno wyglądać mycie warzyw i owoców. Nie pochlapanie zimną czy ciepłą wodą. Rolnik jak pryska jabłko, to nie po to, żeby pierwszy lepszy deszczyk „cenną” chemię mu spłukał.

               I jeszcze jedna ważna rzecz: moi kochani, nie pałujmy się mentalnie jeśli nie możemy kupować „eko”, czy uprawiać własnych roślin. Jeść trzeba, więc zawsze lepiej zjeść żywe niż martwe. Zawsze lepiej świeże niż to przerobione i zatrute z opakowania. Kiedy robię to i ja, zupełnie się tym nie przejmuję bo stres wpływa tak samo ciężko destrukcyjnie na nasze zdrowie i urodę jak i te wszystkie trucizny. Wyluzujcie się więc i jedzcie. Już samo jedzenie żywych roślin w przewadze pozwoli Wam odczuć wielki przypływ energii i poprawę samopoczucia. Choćby dlatego, że maja więcej składników odżywczych niż to co trzeba przerobić termicznie. Bo zwierzęce prawie zawsze trzeba. Do tego należałoby jeszcze dołożyć oczyszczanie organizmu z toksyn. Już samo jedzenie roślin jest takim oczyszczaniem… ale to temat na osobny artykuł. Tymczasem pozdrawiam zielono. Zerknijcie na zdjęcia… zbiory ze wczoraj :)

              P.S. Na razie nie mamy w Polsce prawa zmuszającego producentów czy sprzedawców do informowania nas czy coś jest GMO czy nie. Jednak rada moja: Pod żadnym warunkiem, jeśli wiadomo Wam, że coś jest GMO, nie tykajcie tego. Nawet na to nie patrzcie. To jest coś sztucznego. Coś nienaturalnego, mutant. Na prawdę nie chcecie tego jeść jeśli chcecie być młodzi, silni i zdrowi. Na prawdę.

*****

Wszystko co robię dla mojej urody a opisuję na stronach mlodosc3000.pl na mnie zadziałało. Musicie jednak pamiętać, że każdy organizm jest inny i różnie może reagować na radykalne czy łagodne zmiany. Dlatego też koniecznie porozmawiajcie ze swoim lekarzem o tym czy możecie bezpiecznie stosować dla siebie cokolwiek o czym tutaj przeczytacie.